Untitled design (2)

Ave hejt!

Niestety należę do wrażliwej części społeczeństwa. Nie umiem na porażkę (nawet taką malutką) machnąć ręką. Nie zdałam egzaminu, ktoś powiedział coś niemiłego – będę się tym zadręczać/martwić/przeżywać. Nawet wredny komentarz pod moim postem, gdzieś w czeluściach Internetu, sprawia mi przykrość. I tu dochodzimy do sedna sprawy: skąd ten wszechobecny hejting? Czy aby się dowartościować należy opluć, osikać, zgnębić i wyśmiać drugą osobę? W końcu to necik, wolna amerykanka, nikt się nie dowie, że to ty, a loża szyderców powciska buttony lubię to aż miło. Przy odrobinie szczęścia można nawet na Mistrzów trafić! #takiefejmy

To dla mnie niezrozumiałe zjawisko, gdyż staram się być miła dla innych – kiedy złośliwie odpowiadam, oznacza to, że ktoś wyczerpał olbrzymie pokłady mojego zrozumienia i cierpliwości. Ostatnie takie zdarzenie miało miejsce kilka miesięcy temu podczas rozmowy z kumplem, który zamiast przecinków używał wyrazu “kurwa”. Cztery pierwsze spotkania z tym przemiłym człowiekiem przecierpiałam w ciszy (no, każdy może mieć słabszy dzień i potrzebę wyładowania się werbalnie), dopiero na piątym stwierdziłam, że ta znajomość nie ma sensu i zaczęłam się odcinać w podobnym tonie. Zupełnie jednak nie czuję potrzeby wredności dla kogoś z Internetu, kogo w życiu na oczy nie zobaczę.

Osobnym tematem są miejsca, których jedynym celem jest obrażanie uczuć pewnych społeczności. Czy np. fanpage Jan Paweł II zajebał mi szlugi faktycznie wnosi coś do naszego życia? No, ale przecież pocisk po wierzących jest top, trendy i cool. Jestem praktykującą katoliczką i zawsze mówię o tym otwarcie – dzięki komputerowi wiem, że jest to równoznaczne z byciem niemyślącą kukiełką i utknięciem w średniowieczu (ach, co ja bym bez tej wiedzy poczęła?).

Spójrzmy teraz na dyskusje prowadzone w sieci. Najczęściej są dwuwymiarowe: łapka do góry, łapka w dół. Jestem czymś zachwycona/nienawidzę czegoś. Przedstawiciele każdej z opcji są gotowi zabić tych drugich, powyciągać ich stare zdjęcia czy posty. Po co? Gdzie konstruktywna krytyka? Gdzie przemyślenie tematu? Gdzie dialog? Jeżeli łatwiej jest ci napisać “nie znasz się na tym i śmierdzisz”, niż podać argument stojący za twoim zdaniem, to lepiej nie pisz nic. Czy naprawdę warto walczyć o swoje jak buldog ze szczękościskiem? Czy tak trudno napisać:”okej, wiem co chcesz mi powiedzieć, ale się z tym nie zgadzam, bo myślę inaczej” i zakończyć kłótnię?

Pewnie, istnieją jeszcze miejsca pozbawione hejterów, ale jest ich coraz mniej. Muszę przyznać, że nawet fora komiksowe z max. 20 aktywnymi użytkownikami stają się polem do popisu dla sfrustrowanych ludzi. Kiedy zorientowałam się, że jest to dla mnie problemem? Poznałam nowego komiksiarza i podczas rozmowy okazało się, że na niektóre bat-postaci mamy inne zapatrywania. Pamiętam, że zamknęłam oczy i pomyślałam shit storm is coming – pewnie zaraz mnie zniszczy i… nic takiego się nie stało. Zachowanie, które powinno być normalne w XXI wieku w cywilizowanych krajach, wydało mi się czymś niezwykłym, wręcz unikatowym. Wtedy dzwonek w głowie zadzwonił na alarm  – dlaczego cała sieć tak nie wygląda?

Pod koniec pisania tego tekstu, zaczęłam się zastanawiać czy nie przesadzam, czy może mam życiowego pecha i zawsze eksploruję złą część Internetu. Włączyłam sobie kwejka (tak, wiem… bardzo poważna strona) i zaczęłam przeglądać posty. Aby nikt nie powiedział, że jestem nieobiektywna, ominęłam zdjęcia odnoszące się do religii, Rosji, naszego kraju i wybrałam coś, co nie wzbudza rządzy krwi. To:

pingwin

Tak. To focia pingwina z plecaczkiem… przecież nie można napisać pod tym nic głupiego. Pingwin. Plecaczek. Podpis. Japonia. No, kurczę, nie da się! A tymczasem:

kom

Widzicie już co mam na myśli – może czasem warto zadbać o kulturę wypowiedzi w Internecie? Może ty masz skórę nosorożca i wszystko gdzieś, ale drugiej osobie będzie przykro? Dopóki wszyscy nie zaczniemy piętnować debilizmu, dopóty poziom dyskusji nadal będzie leżał 5 pięter pod piwnicą.

Read More

Untitled design (1)

Rzutnik. Zmora nauczycieli od lat 30 XX wieku

Jak każdy dobry student podczas ostatniej sesji, postanowiłam uporządkować rzeczy stojące w szafie. Znalazłam tam bardzo dużo dziwnych przedmiotów – od kserówek z fizyki (!) z gimnazjum (!!!) po słownik języka rosyjskiego (co jest bardzo zastanawiające, bo uczyłam się jedynie angielskiego i niemieckiego). Podczas przeglądania tych zachomikowanych śmieci, odkryłam dwa zeszyty wypełnione, aż pięcioma charakterami pisma. Pisnęłam z radości, niczym nastolatka na widok Bibera, kiedy zrozumiałam co wpadło mi w łapki.

Zeszyty służyły mi i moim koleżankom, do pisania liścików w pierwszej klasie liceum. Krążyły między nami podczas nudnych zajęć jak np. przysposobienie obronne (do teraz nie rozkminiłam na co nam był ten przedmiot). Kiedy czytałam nasze tajne zapiski (z coraz większym bananem na twarzy), trafiłam na dłuższy tekst pisany przeze mnie. Siedziałam akurat na przedmiocie fakultatywnym o nazwie f i l o z o f i a (ledwo to pamiętam, ale wpis jest namacalnym dowodem, że byłam kiedyś ambitna i chodziłam na dodatkowe zajęcia). Pozwólcie, że zacytuję samą siebie. Uspokajam – oszczędzę wam oryginalnej pisowni, bo wtedy traktowałam ortografię bardzo lekceważąco.

Siedzę osamotniona na filozofii – wzniosłe myśli przepływają mi przez głowę. Nauczyciel z baaardzo marnym efektem próbuje podłączyć rzutnik. Czemu nikt w tym liceum tego nie potrafi? Powinni uczyć na studiach tej ważnej czynności. Byłby to osobny przedmiot: “technologia rzutnikowa i pochodne [TRiP]”. Widać, że facet ma dobre chęci, ale jest w tej dziedzinie wyraźnie niedokształcony. Oh! Czyżby się poddał? Nie, rzutnik sam się wyłączył… a teraz wydaje dziwne dźwięki.

Zmagania z ustrojstwem trwają już 15 minut. Nauczyciel wpina odwrotnie kabel. Czy się uda? To napięcie! A teraz przerwa na reklamy: ~~~muzyczka~~~

Po reklamach: nadal nic. Sprzęt nie lubi filozofii albo filozofów (albo jednego i drugiego). Wcześniej wyświetlała się wiadomość “brak sygnału”, teraz nie ma nic. Oj! Coś się pojawia? Tak? Tak? NIE! Informacja “brak sygnału” nie jest dobrą wiadomością. Zdesperowany belfer poszedł po pomoc, a w męskim gronie uczniów trwa dyskusja pt. “jak włączyć rzutnik”. Jeden chłopak nawet podszedł do komputera i próbował coś wykombinować. Czy wiadomość, że się nie udało jest jeszcze zaskakująca?

Facet nie wraca, zgubił się?

O! Teraz jest, ale bez wsparcia i/lub innego sprzętu. Coś mętnie tłumaczy, że dostał zły kabel. Spostrzeżenie: filozof nawet z kabla zrobi filozofię. Po raz kolejny jeden z chłopaków rzuca się do pomocy. Z rozmowy wychwytuję jedynie “panel sterowania… ustawienia… yhymm…”.

Nowy pomysł! Wyłączają i rzutnik i laptop. Teraz włączają… Kto wygra? Człowiek czy maszyna? Szanse są wyrównane.

Chłopak ściąga kurtkę, widać nie może znieść presji. Jakaś dziewczyna ma ten sam problem: wychodzi do toalety. Pan nauczyciel też kiepsko się trzyma – nazwał właśnie rzutnik “diabelskim urządzeniem”.

Próbują jeszcze innego wejścia do kabla, ale znowu klops/ kaszana / kiszka. Chłopak zarzeka się, że sprzęt jest w porządku “bo przed chwilą była geografia i działało”.

Minęła już połowa zajęć… Pan filozof oficjalnie się poddał. Trochę cienias (z całym szacunkiem dla niego oczywiście). No i zaczynamy lekcję – ble.

Musicie przyznać, że na studiach często wygląda to podobnie, a więc wiedza z zakresu rzutnikologii nie przychodzi razem z tytułami naukowymi. O ile jest to zrozumiałe na moim humanistycznym wydziale (wiem, zajechało tekstem jestem z humana, nic nie umiem, technologia fuj, jak pisać to na papierze) tak historie o zmaganiach z rzutnikami inżynierów na polibudzie zawsze trochę mnie dziwiły. No ale wiadomo, rzutnik – zdradzieckie, złośliwe urządzenie, które psuje nauczycielom krew już od bardzo dawna.

Read More